Tajemnice Unii Europejskiej
Autor, 19.03.2003 17:06

Po referendum w Irlandii, które wywołało euforię wśród polskich eurofilów, prawdopodobieństwo skutecznego wciągnięcia Polski do Unii Europejskiej znacznie wzrosło. Z tego względu należy spodziewać się nasilenia stręczycielskiej propagandy, nie tylko dlatego, by przed nadchodzącym referendum akcesyjnym przekonać sceptyków i utwierdzić zwolenników, ale również dlatego, by zagłuszyć niepokój sumienia tych, którzy jeszcze je zachowali. Coś takiego niewątpliwie występuje zwłaszcza u tzw. katolików świeckich, zaangażowanych w prounijną propagandę.

I. Polska wobec Unii Europejskiej

Po referendum w Irlandii, które wywołało euforię wśród polskich eurofilów, prawdopodobieństwo skutecznego wciągnięcia Polski do Unii Europejskiej znacznie wzrosło. Z tego względu należy spodziewać się nasilenia stręczycielskiej propagandy, nie tylko dlatego, by przed nadchodzącym referendum akcesyjnym przekonać sceptyków i utwierdzić zwolenników, ale również dlatego, by zagłuszyć niepokój sumienia tych, którzy jeszcze je zachowali. Coś takiego niewątpliwie występuje zwłaszcza u tzw. katolików świeckich, zaangażowanych w prounijną propagandę. Resztki sumienia nie pozwalają im już na roztaczanie wizji korzyści materialnych, jakie Polska odniesie z przystąpienia do UE, bo wiadomo już, że dobrze, jeśli nie będzie musiała do interesu dopłacić.

Dlatego w propagandzie na pierwszy plan wybija się kabotyński argument o misji ewangelizacyjnej, jaką Polska ma rzekomo wypełnić wobec zlaicyzowanej Unii Europejskiej. Nazywam ten argument kabotyńskim z kilku powodów. Po pierwsze, przystąpienie Polski do Unii Europejskiej jest deklaracją polityczną, a nie religijną i dotyczy państwa, a nie Kościoła. Tymczasem misję ewangelizacyjną wobec UE mógłby ewentualnie wypełniać polski Kościół. Zatem wciąganie państwa do UE pod pretekstem misji ewangelizacyjnej Kościoła jest zabiegiem absurdalnym. Przecież Kościół polski wykonuje ogromną pracę ewangelizacyjną w Rosji i dawnych republikach postsowieckich. Nikomu jednak nie przychodzi do głowy, by dla ułatwienia Kościołowi tej misji wciągać Polskę do Wspólnoty Niepodległych Państw. Dlaczego zatem wciąganie państwa do UE jest uzasadniane misją ewangelizacyjną - nie wiadomo. Po drugie, każde państwo członkowskie Unii Europejskiej ma swój episkopat. Uzasadnianie przyłączenia Polski do UE misją ewangelizacyjną sugeruje, że tamtejsi biskupi nie wiedzą, jak ewangelizować narody pozostające pod ich duszpasterską opieką i dopiero biskupi polscy mogą ich oświecić. Jest to oczywiście nieprawda, i myślę, że żaden z polskich biskupów, nawet bez potrzeby przyciskania do muru to przyzna. Ale nawet gdyby to była prawda, to dlaczego jednak nie mogą oświecać ich już teraz, tylko dopiero po przystąpieniu Polski do Unii? Na to pytanie również brak odpowiedzi. Po trzecie wreszcie, trochę kompromitująca jest skwapliwość, z jaką nasze nieśmiertelne wartości pragniemy wymienić w Unii Europejskiej na pieniądze. Zapewne ta skwapliwość została dostrzeżona również w Unii. Tamtejsi ludzie też nie są w ciemię bici i mogli w związku z tym nabrać podejrzeń, czy aby my sami te swoje wartości rzeczywiście cenimy aż tak wysoko. Taka reakcja jest bardzo prawdopodobna, zwłaszcza w świetle efektów negocjacji.

Otrząsamy się ze wstrętem z tej stręczycielskiej hucpy po to, by spojrzeć na Unię Europejską bez uprzedzeń, ale i bez złudzeń. Stoimy oto wobec niej i mamy podjąć decyzję, czy chcemy przyłączyć się do tego przedsięwzięcia, czy nie. Cokolwiek uczynimy, warto najpierw zorientować się, na czym przedsięwzięcie to polega, do czego zmierza i jakie może wywołać następstwa.

Unia Europejska jest eksperymentem prowadzonym jednocześnie na trzech płaszczyznach: ekonomicznej, politycznej i ideologicznej. W tym artykule spróbuję przedstawić charakter tego eksperymentu w każdej z tych płaszczyzn. Zacznijmy od ekonomicznej. Z punktu widzenia gospodarczego Unia Europejska jest jednolitym rynkiem, funkcjonującym według reguł ewoluujących w kierunku socjalistycznego ideału. Zanim jednak do tego dojdziemy, spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, czy Polska ma do Unii jakiś interes. Oczywiście ma; pragnie uzyskać do tego rynku dostęp dla swoich towarów. W tej chwili Polska do UE nie należy, ale taki dostęp ma; ponad 60 proc. obrotów handlowych przypada właśnie na Unię. Dlaczego zatem chcemy do Unii przystąpić? Bo wprawdzie mamy dostęp, ale nie jest on gwarantowany. UE traktuje nas nadal jako swoje otoczenie zewnętrzne, wobec którego stosuje praktyki protekcjonistyczne, np. zamyka dostęp do swego rynku. Chcąc uzyskać gwarancję dostępu, musimy przestać być zewnętrznym otoczeniem UE, czyli musimy tam przystąpić. UE dopuszcza taką możliwość, jednak pod warunkiem, że Polska dostosuje się do unijnych wymagań. I tu pojawia się problem.

Chodzi o to, że w programie dostosowującym są rzeczy słuszne, które należałoby u nas wprowadzać nawet gdyby UE nie było na świecie, ale są też wskazówki nie tylko niesłuszne, ale wręcz dla gospodarki polskiej niebezpieczne, ponieważ "osłabiają konkurencyjność i tak już słabej gospodarki polskiej". Tak oceniał program dostosowawczy raport 12 polskich instytutów pozarządowych, ogłoszony w czerwcu 2001 roku. Całkowicie się z tą oceną zgadzam i dodam, że w moim przekonaniu UE na to właśnie liczy. Przed czterema laty byłem raczej życzliwie nastawiony do przyłączenia się do UE, przynajmniej z punktu widzenia gospodarczego, jednak pod warunkiem, że UE pozwoli Polsce na zachowanie suwerenności wystarczającej do samodzielnego kształtowania polityki fiskalnej. Gdyby UE zostawiła nam w tej dziedzinie wolną rękę, to z resztą już byśmy sobie jakoś poradzili. Tymczasem UE stanowczo odmówiła pozostawienia nawet tak szczątkowej samodzielności. W takim razie stałem się zdecydowanym przeciwnikiem przyłączania Polski do UE, bo widać wyraźnie, że Unia godzi się na udzielenie Polsce gwarancji dostępu do swego rynku tylko w sytuacji, gdy Polska najpierw utraci i to w sposób trwały, zdolność konkurowania z gospodarkami obecnych krajów członkowskich. Inaczej mówiąc, uzyskamy gwarancję dostępu do rynku dopiero wtedy, gdy UE uzyska pewność, że na tym rynku niczego nie osiągniemy. Ta intencja może nie była widoczna w momencie rozpoczynania negocjacji, ale w chwili, gdy zwolna dobiegają one końca, widoczna jest gołym okiem.

Innym problemem gospodarczego aspektu Unii Europejskiej jest ewolucja w stronę socjalizmu. Widać tę ewolucję w tendencji do likwidacji konkurencji miedzy walutami na rzecz jednej waluty (strefa euro), w narastającej biurokratyzacji gospodarki i fiskalizmie oraz w narastającej reglamentacji. Dla przykładu, rolnictwo w Unii funkcjonuje niemal w całości w ramach rynku regulowanego przy pomocy kwotowania i planowania, dochodząc do ideału gospodarczego Hilarego Minca w postaci "planu doprowadzonego do każdego stanowiska pracy". Rezultatem jest wyhamowanie tempa wzrostu gospodarczego, które nabiera cech trwałości i może być już określone mianem stagnacji. Istnienie rozbudowanego systemu świadczeń socjalnych w warunkach stagnacji musi doprowadzić do coraz większych napięć w finansach publicznych, w gospodarce i wreszcie – do napięć społecznych, przy czym jest oczywiste, że te wszystkie negatywne objawy wystąpią w pierwszej kolejności w krajach o słabszej gospodarce.

I ten efekt jest widoczny; im bardziej Polska dostosowuje swój system prawny do standardów unijnych, tym szybciej spada tempo wzrostu gospodarczego (7 proc. w 1996 r, stagnacja w roku 2000. W tym samym czasie Niemcy z 4 do 1 proc.). Jeśli pod koniec negocjacji pojawia się realna możliwość, że Polska będzie w UE płatnikiem netto, to znaczy, że unijna strategia "rozszerzania" obliczona jest na uzyskanie nie tylko bezpośrednich korzyści finansowych od nowych krajów członkowskich, ale też skapitalizowania korzyści płynących z gospodarczego uzależnienia.

Jedyną bezsporną korzyścią po stronie polskiej wydają się być posady dla około 2 tys. dygnitarzy. Wydaje się to jednak zbyt wątłym argumentem za przystąpieniem do UE.

W rzadkich dyskusjach na takie dictum pada argument, to jaka w takim razie jest alternatywa? Odpowiadam słowami prof. Miltona Friedmana, laureata nagrody Nobla z ekonomii, który w roku 1989 udzielił jej posłom i senatorom Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, niestety, bezskutecznie. Prof. Friedman powiedział, by Polska nie przyjmowała rozwiązań stosowanych aktualnie w bogatych krajach zachodnich, bo nie jest bogatym krajem zachodnim. Było to jakże słuszne ostrzeżenie przed bezkrytycznym przyjmowaniem programu dostosowawczego. Co w takim razie Polska powinna robić? Prof. Friedman radził, by Polska przyjmowała u siebie takie rozwiązania, jakie były stosowane w bogatych krajach zachodnich, gdy były one tak biedne, jak Polska teraz. Żeby jednak móc postępować w ten sposób, trzeba zachować suwerenność państwową, a tę po ewentualnym przystąpieniu do UE niestety utracimy, o czym przesądza art. 91 ust. 3 obowiązującej od 1997 roku polskiej konstytucji. Kwestie suwerenności państwowej, to już płaszczyzna polityczna, więc przechodzimy do kolejnego punktu naszych rozważań.

Z punktu widzenia politycznego Unia Europejska jest umową między Francją i Niemcami o wspólnym zarządzaniu Europą. Od 1870 roku do 1945 roku Francja i Niemcy stoczyły trzy krwawe wojny o to, kto ma być politycznym kierownikiem Europy. W rezultacie kierownictwo polityczne nad Europą przyjęły Stany Zjednoczone i Rosja. W tych warunkach nietrudno było dojść do wniosku, że dalsze spory francusko-niemieckie nie mają już najmniejszego sensu i że najrozsądniejsze jest podjęcie próby wspólnego kierowania Europą w granicach możliwości obojga partnerów. Z tego też powodu nigdy w przeszłości, ale również i teraz nie jest w ogóle rozważana możliwość przystąpienia do Unii Rosji, bo nie ma najmniejszych szans, by kiedykolwiek poddała się takiemu kierownictwu. Z podobnych przyczyn gen. de Gaulle wzbraniał się przez przyjęciem do EWG Wlk. Brytanii, którą podejrzewał, że w Zjednoczonej Europie będzie amerykańskim agentem.

O ile jednak Francja liczyła na to, że dzięki porozumieniu z Niemcami odzyska dawną pozycję wobec państw anglosaskich, o tyle Niemcy stawiały sobie za cel po pierwsze, odzyskanie własnej państwowości, odzyskanie siły militarnej, odzyskanie pozycji ekonomicznej w Europie, zjednoczenie podzielonych wskutek przegranej wojny terytoriów niemieckich i wreszcie ostateczne obalenie Poczdamu. Zwróćmy uwagę, że Unia Europejska jest, jak dotąd sprawnym narzędziem osiągania celów niemieckiej racji stanu i tym należy tłumaczyć fakt, iż tak naprawdę UE funkcjonuje dzięki niemieckim pieniądzom. Niemcy pokrywają 25 proc. budżetu Unii, pozostając przez cały czas płatnikiem netto; w roku bieżącym nadwyżka wpłaty niemieckiej wynosi ok. 10 mld euro. Trudno przyjąć, że Niemcy ponoszą od lat tak wielki wysiłek finansowy tylko po to, by dogodzić Portugalii, Grecji, czy choćby Polsce. Zgoda na taki wysiłek wynika ze świadomości politycznych korzyści, jakie mogą być osiągnięte dzięki Unii Europejskiej. Przeglądając katalog celów wyznaczonych niemiecką racją stanu widzimy, że niektóre z nich zostały już osiągnięte, inne osiągnięte częściowo, a pozostałe są w trakcie realizacji. Dzięki sowieckiemu zagrożeniu w Europie Niemcom udało się odzyskać państwowość i własne siły zbrojne. Dzięki amerykańskiej pomocy w ramach Planu Marschalla i rozsądnym rządom, Niemcy odzyskały pozycję największej potęgi gospodarczej w Europie. Na początku lat 90-tych udało się częściowo zrealizować kolejny cel w postaci zjednoczenia. Wojna w Jugosławii przyczyniła się do uchylenia ważnego ograniczenia, zgodnie z którym armia niemiecka nie mogła operować poza granicami własnego państwa. Teraz już może. W tej chwili pozostały jeszcze dwa skutki Poczdamu: dawne terytoria niemieckie w Polsce i Czechach oraz amerykańska kuratela nad Bundeswehrą.

Z niemieckiego punktu widzenia rozszerzenie Unii Europejskiej na wschód stwarza przed Niemcami szansę osiągnięcia pierwszego celu, tzn. doprowadzenia do pełnego zjednoczenia wszystkich dawnych terytoriów niemieckich bez konieczności naruszania istniejących traktatów międzynarodowych w dziedzinie pokoju i bezpieczeństwa. Przyłączenie do Unii Europejskiej Czech i Polski, a następnie ewolucja samej Unii od konfederacji, a więc związku państw, którą jest obecnie, ku federacji, a więc państwu związkowemu, w którym dawne państwa staną się prowincjami o jakimś tam zakresie autonomii, umożliwi Niemcom opanowanie polityczne terytoriów nadal de iure niemieckich (niemiecka konstytucja daje do zrozumienia, że państwo niemieckie istnieje w granicach z 1937 roku) bez naruszania Aktu Końcowego KBWE z Helsinek, zakazującego zmian granic w Europie, ale siłą. Polska, aktualnie rozbrajana, jakby odżył traktat rosyjsko-pruski w Poczdamie z roku 1720, nie będzie, rzecz prosta, w stanie przeciwstawić się tego rodzaju zamiarom. Być może nawet nie podejmie takiej próby ze względu na stopień zagenturyzowania elit politycznych, o co skrupulatnie dba od lat nasz poważny zachodni sąsiad.

Unia Europejska wydaje się też być dobrym narzędziem do uchylenia ostatniego skutku Poczdamu, tzn. zniesienia amerykańskiej kurateli nad niemieckimi siłami zbrojnymi. Służą temu celowi europejskie siły szybkiego reagowania, na początek w liczbie 60 tys., ale jeśli zajdzie taka potrzeba, to ten limit może się zwiększyć. Siły te są europejskie, to znaczy niezależne od NATO. Udział wojska niemieckiego w tych siłach jest sposobem na wyprowadzanie Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli.

I na koniec warto postawić pytanie, co będzie, kiedy okaże się, że Unia Europejska, jako narzędzie realizowania celów niemieckiej racji stanu, wyczerpała już swoje możliwości, że już Niemcy dzięki Unii Europejskiej niczego nie uzyskają, że Unia już tylko krępuje im swobodę ruchów?

Może to być początek końca Unii Europejskiej, naturalnie bez żadnych fanfar i fajerwerków. Ot taka sobie cicha śmierć, niczym w przypadku Ligi Narodów, o której wszyscy zapomnieli i przestali wpłacać składki, ale formalnie nigdy nie zlikwidowali. Jeśli taki sam los spotkałby Unię Europejską, to jakie granice miałaby Polska w tym momencie? Dzisiaj nikt tego pytania nie stawia, więc i odpowiedzi też nie ma, ale może to trochę niedobrze?

Wreszcie króciutko o płaszczyźnie ideologicznej. Aktualnie widoczna jest w Unii Europejskiej tendencja do skrupulatnego usuwania z jej oficjalnych dokumentów wszelkich odniesień do religii, a nawet chrześcijańskiej przeszłości Europy. Unia Europejska ewoluuje w kierunku państwa federalnego, w związku z czym wypada postawić pytanie, co właściwie ma być spoiwem tego państwa, skoro już wiemy, że nie chrześcijaństwo? Z "agresywnymi nacjonalizmami" Unia Europejska też będzie walczyć, co zapowiedział pan kanclerz Schroeder. Cóż w takim razie zaproponuje "europejczykom"? Wszystko wskazuje na to, że oficjalną ideologią Unii Europejskiej staje się polityczna poprawność, czyli marksizm kulturowy.

Co to jest, ten marksizm kulturowy? Jego ojcem jest włoski komunista ze skłonnościami filozoficznymi, Antoni Gramsci. Gramsci, po odejściu zachodnioeuropejskich socjaldemokratów od "drogi rewolucyjnej" zrozumiał, że w Europie Zachodniej rewolucji socjalistycznej metodami leninowskimi zrobić się nie da. Ale przecież nieubłagane prawa dziejowe wskazują, że rewolucja socjalistyczna musi się dokonać. Skoro "musi", to w jaki sposób? Rozmyślając nad tą kwestią Gramsci doszedł do wniosku, że Karol Marks wcale nie musiał mieć racji kiedy głosił, że "byt określa świadomość". W praktyce politycznej to stwierdzenie tłumaczone było w ten sposób, że należy wszelkimi środkami uchwycić władzę polityczną, a następnie, wykorzystując możliwości, jakich ona dostarcza, przerabiać ludzi na ludzi sowieckich. Gramsci odkrył, że może być również odwrotnie, że dopuszczalna jest też sytuacja, kiedy to "świadomość określa byt". Na praktykę polityczną przekładało się to w ten sposób, że do "kultury burżuazyjnej", którą Gramsci pojmował bardzo szeroko, nie tylko w sensie twórczości, ale i religii, obyczajów, praw i instytucji takich jak małżeństwo czy rodzina, że do tej kultury burżuazyjnej należy wprowadzić "ducha rozłamu" w celu całkowitego jej zniszczenia. W miarę tego niszczenia należy zniszczone pojęcia zastępować nowymi, dostarczać nowych kategorii dla myślenia, nowych pojęć dla opisu nowych instytucji.

Człowiek myślący nowymi kategoriami będzie produktem rewolucji, krótko mówiąc - człowiekiem sowieckim, który odda bez wahania władzę polityczną i wszelką inną rewolucjonistom. Rewolucja zatem może się udać nawet bez konieczności przechodzenia przez etap czerwonego terroru.

Myśl Gramsciego przeżyła swój renesans pod koniec lat 60-tych, kiedy to doszło do głosu pokolenie kontrkultury, czyli pokolenie roku 1968. Ono właśnie z myśli Antoniego Gramsciego uczyniło wytyczną swego postępowania, zapowiadając już wtedy "długi marsz przez instytucje". Ten marsz właśnie zakończył się przejęciem instytucji europejskich przez pokolenie 68 roku i właśnie teraz nadszedł czas wprowadzania w życie młodzieńczych ideałów. Zatem usuwanie wszelkich odniesień do religii czy choćby chrześcijańskiej przeszłości Europy nie jest żadnym przypadkiem.

W jakim celu architekci Unii Europejskiej mieliby umacniać tę "pozostałość kultury burżuazyjnej"? W odróżnieniu od innych, oni akurat swoją ideologię traktują bardzo poważnie, o czym świadczy reakcja 14 państw UE na rezultaty wyborów w Austrii, klangor podczas wyborów prezydenckich we Francji i zabójstwo Pima Fortunya w Holandii. Można byłoby się mimo wszystko tym specjalnie nie przejmować, gdyby nie owe siły szybkiego reagowania, którymi dysponuje już Unia Europejska. Mogą one być równie dobrze użyte w celu poskromienia jakiegoś "agresywnego nacjonalizmu", czyli dyscyplinowania narodów słabszych lub głupszych przez naród mądrzejszy lub choćby silniejszy, co i do korygowania ideologicznego kręgosłupa w duchu politycznej poprawności. Bez tego obejść się nie da, bo Unia Europejska jest przedsięwzięciem politycznym, a każda polityka wymaga rozstrzygnięcia podstawowej kwestii: kto mówi, a kto się słucha.

II. Jeśli nie Unia, to co?

Argumentem, który w przekonaniu eurofilów ma kończyć wszelkie spory o zasadność przyłączania Polski do Unii Europejskiej, jest pytanie o alternatywę. Ponieważ Polska, za sprawą swoich strategów, przystąpiła do rokowań z Unią triumfalnie oświadczając, że nie ma innej alternatywy, teraz, to idiotyczne pod każdym względem zachowanie polskich polityków, eurofile próbują przekuć na argument druzgocący wszelki sprzeciw. Ironicznie zapytują oponentów, czy w takim razie pragnęliby przyłączyć Polskę do Białorusi, czy Wspólnoty Niepodległych Państw, zaś w porywach sięgają nawet... Władywostoku. Taka argumentacja niczego do dyskusji nie wnosi poza dwiema informacjami o sposobie myślenia eurofilów. Po pierwsze, najwyraźniej uważają oni, że Polska rzeczywiście nie ma innego wyjścia, jak zaprząc się do rydwanu polityki niemieckiej. Po drugie, są przekonani, że dobrobyt państwa zależy od tego, gdzie to państwo się zapisze. Zarówno jedno, jak i drugie przekonanie jest całkowicie fałszywe.

Unia Europejska jest rynkiem atrakcyjnym, ale nie jedynym na świecie. Polska chce uzyskać gwarantowany dostęp do tego rynku i to rzeczywiście leży w jej interesie. Żeby jednak nie stawiać państwa w sytuacji bezalternatywnej, politycy polscy powinni rozszerzać możliwości dostępu polskich towarów również do innych rynków, co najmniej tak samo atrakcyjnych, jak Unia Europejska. Jednym z takich rynków jest NAFTA, czyli trzy państwa - sygnatariusze Północno-Amerykańskiego Porozumienia o Wolnym Handlu: Meksyk, Stany Zjednoczone i Kanada. Porozumienie NAFTA nie wymaga od swoich sygnatariuszy rezygnacji z suwerenności państwowej, nie przewiduje tworzenia jakichś ponadnarodowych, czy ponadpaństwowych struktur biurokratycznych. Przewiduje jedynie że państwa-sygnatariusze będą znosiły cła we wzajemnych obrotach handlowych; niektóre od razu, a inne - sukcesywnie, aż do 2008 roku. Drugim punktem porozumienia NAFTA są wzajemne ułatwienia w inwestycjach, a punktem trzecim - przestrzeganie określonych standardów wolności gospodarczej w każdym z państw - sygnatariuszy. Aktualnie obroty Polski z państwami NAFTA nie przekraczają 5 proc. ogółu obrotów handlowych Polski z zagranicą. Oznacza to, że ze strony polskiej nie ma dostatecznego zainteresowania obecnością na tym rynku. Nie jest wykluczone, że jedynym, a w każdym razie najważniejszym powodem lekceważenia rynku NAFTA przez polskich mężyków stanu jest właśnie okoliczność, że NAFTA nie wytwarza żadnych struktur biurokratycznych, a więc nie daje nadziei na uzyskanie posady za 100 tys. dolarów rocznie. Unia Europejska, to co innego. Unia Europejska przewiduje co najmniej 2000 posad dla polskich polityków. Znając większość z nich osobiście, wcale się nie dziwię, że dla objęcia takich posad gotowi są oni na wszystko. Żeby jednak nadać własnej nikczemności pozór troski o dobro Polski, twierdzą oni, że Polska do NAFTA przystąpić nie może ze względu na... Ocean Atlantycki. Ocean Atlantycki rzeczywiście cały czas jest na swoim miejscu, ale nie wiadomo właściwie, dlaczego miałby on stanowić przeszkodę, by Polska w stosunkach handlowych ze Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Meksykiem zniosła cła, by Polska wprowadziła ułatwienia dla inwestorów z tych państw u siebie, korzystając z wzajemności, wreszcie - by Polska zaczęła u siebie przestrzegać pewnego minimum wolności gospodarczej? Wydaje się, że Ocean Atlantycki nie ma tu nic do rzeczy. To nie ocean jest przyczyną odwracania się Polski od NAFTA, tylko niechęć okupującej Polskę szlachty-gołoty, dla której już konieczność przestrzegania pewnych standardów wolności gospodarczej jest dostatecznie przerażająca. Nawiasem mówiąc, w maju 2001 roku odbyła się w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie konferencja Polska-NAFTA z udziałem dyplomatów z Meksyku i Kanady, którzy oświadczyli zgodnie, że żadne względy geograficzne nie stanowią przeszkody, by Polska do porozumienia NAFTA przystąpiła.

Skoro tak, to znaczy, że Polska ani przez chwilę nie była w sytuacji bezalternatywnej, a jeśli się w niej znalazła, to nie ze względu na jakieś obiektywne konieczności, tylko świadome wpędzenie państwa w taką sytuację przez okupującą je szlachtę-gołotę. Podkreślam to z naciskiem tym bardziej, że uważam, iż nawet podpisanie przez Polskę porozumienia z NAFTA nie jest tak naprawdę alternatywą wobec Unii Europejskiej. Przystąpienie do NAFTA daje nam tylko większą swobodę w rozwijaniu stosunków handlowych ze światem. Nie jest bowiem tak, że alternatywą, przed którą stoimy, jako Polska, jest pytanie, czy myć ręce, czy myć nogi. Możemy, a nawet powinniśmy myć i ręce i nogi, to znaczy powinniśmy handlować i z Unią Europejską i z NAFTA i z najbardziej perspektywicznymi rynkami dalekowschodnimi. Przy takim podejściu wciąganie Polski do Unii Europejskiej wcale nie musi być konieczne; wystarczyłoby nam takie porozumienie, jakie ma z Unią Europejską Izrael: układ celny bez żadnego "wchodzenia". Wtedy jednak naszą szlachtę-gołotę omijają brukselskie konfitury i właśnie w tym pies jest pogrzebany.

Podobnie, jak nieprawdą jest, że Polska wobec przystąpienia do Unii Europejskiej nie ma alternatywy, tak też nieprawdziwe jest przekonanie, że dobrobyt i siła państwa zależy od tego, czy i gdzie się ono zapisze. Przystąpienie do porozumień handlowych może ułatwiać kontakty gospodarcze i sprzyjać rozwojowi, ale nigdy nie jest w stanie go wywołać, ani utrwalić. Rozwój gospodarczy lub jego brak zależy przede wszystkim od tego, jak państwo jest rządzone. Jeśli rządzone jest źle, jeśli jest na przykład bezlitośnie eksploatowane przez rodzimych okupantów, to żadne porozumienia nie wyczarują w nim dobrobytu. Niektóre porozumienia mogą zresztą rozwój gospodarczy hamować. Fakt, że w miarę recepcji do prawa polskiego standardów unijnych wygasa w Polsce tempo wzrostu gospodarczego z 7 proc. rocznie do zera, powinien skłaniać do poważnej refleksji. Dla przykładu, standardy w dziedzinie ochrony środowiska pociągają za sobą takie koszty, że pod ich ciężarem nawet gospodarka silniejsza od naszej mogłaby się ugiąć, albo nawet załamać. Porównując tę sytuację do życia rodzinnego można powiedzieć, że to jest mniej więcej tak, jakby biedna rodzina uznała, że najważniejszą dla niej sprawą jest kupienie złotego naszyjnika. Rzeczywiście, pięknie się on prezentuje, ale może lepiej by było, gdyby rodzina ta zadowoliła się na razie mniej efektowną biżuterią i raczej skupiła się na zadbaniu o to, z czego będzie jadła chleb.

To jest właśnie prawdziwą alternatywą wobec Unii Europejskiej. Żeby Polska mogła nadrobić zacofanie spowodowane okupacją sowiecką i położyć kres bezlitosnemu eksploatowaniu jej przez rodzimych okupantów obecnie, należy radykalnie odchudzić państwo, to znaczy zmniejszyć podatki, docelowo co najmniej sześciokrotnie i przywrócić wolność gospodarczą. Również w tej dziedzinie jest bardzo wiele do zrobienia. Wystarczy powiedzieć, że po uchwaleniu w październiku 1988 r. ustawy o działalności gospodarczej, reglamentacją objęte były tylko dwie dziedziny życia gospodarczego: handel bronią, amunicją i handel wódką. Ustawa ta bowiem uchylała wprowadzoną w roku 1947 przez Hilarego Minca zasadę, że do prowadzenia działalności gospodarczej konieczne było zezwolenie urzędnika państwowego. Zamiast tego wprowadzała tylko obowiązek rejestracji takiej działalności, co było konieczne ze względów podatkowych. Można zatem powiedzieć bez żadnej przesady, że wspomniana ustawa kasowała ustrój socjalistyczny, przynajmniej w sferze gospodarczej, już na ponad pół roku przed wyborami w czerwcu 1989 r. I oto późniejsze rządy solidarnościowe zaczynają... przywracać socjalizm w gospodarce, obejmując coraz to nowe dziedziny działalności gospodarczej koniecznością uzyskiwania koncesji, licencji, zezwoleń i pozwoleń. Towarzyszy temu nieustanny wzrost biurokracji. O ile w roku 1990, kiedy rozwiązała się PZPR, liczba osób zatrudnionych w administracji centralnej w Warszawie wynosiła 45 tys., o tyle już pięć lat później wzrosła do ponad 112 tysięcy. W roku 1999, a więc w dziesięć lat po wejściu w życie ustawy o działalności gospodarczej, koncesje, licencje, zezwolenia i pozwolenia, obowiązywały już w 202 obszarach działalności gospodarczej. Socjalizm został przywrócony, tym razem już przez naszych, rodzimych okupantów obojga orientacji ideologicznych, to znaczy zarówno przez socjalistów bezbożnych, jak i socjalistów pobożnych. Socjalizm bowiem, chociaż jest obiektywnie szkodliwy i dla gospodarki i dla obywateli, zwłaszcza uboższych, wytwarza żerowisko dla skoligaconych politycznie pasożytów. Otóż stopień reglamentacji gospodarki w Unii Europejskiej jest wprawdzie nieco mniejszy od istniejącego u nas, za wyjątkiem rolnictwa, gdzie socjalizm panuje niemal w 100 procentach. Jednak forsowane obecnie w Unii rozwiązania w dziedzinie gospodarczej, zmierzają w kierunku rozszerzenia reglamentacji i dalszej biurokratyzacji gospodarki. To zaś szalenie podoba się naszym okupantom, którzy gotowi są bez najmniejszego żalu zrezygnować z suwerenności państwowej i wystawić kraj na opisane wcześniej ryzyka, byle tylko mogli nadal pasożytować na swoich polskich współobywatelach, tym razem z ramienia Unii Europejskiej.

Żeby zatem móc przeprowadzić pożądane z punktu widzenia polskiego interesu państwowego i interesu ekonomicznego obywateli zmiany polityki i samego modelu państwa, a więc po to, by móc zrealizować alternatywę wobec Unii Europejskiej, Polska musi zachować suwerenność państwową. Ona jest nam potrzebna nie do tego, byśmy się nią nadymali, tylko po to, byśmy mogli dokonać koniecznych i pożytecznych zmian, bez pytania kogokolwiek o zgodę. Jak słusznie bowiem zauważył pan dr Andrzej Olechowski podczas słynnego Forum Dialogu w Sali Kongresowej w Warszawie, po przystąpieniu do Unii Europejskiej będziemy mogli już tylko "współdecydować o naszych sprawach", czyli, że nie będziemy już mogli o naszych sprawach decydować samodzielnie. Niektórzy zwolennicy przyłączenia Polski do Unii Europejskiej dlatego zajmują takie stanowisko, bo uważają, że Polacy samodzielnie niczego mądrego, ani pożytecznego nie wymyślą, a w tej sytuacji lepiej będzie, kiedy Niemcy narzucą nam własne pomysły przemocą. Tak myśli całkiem wielu ludzi i nawet szczerych patriotów, tylko całkowicie już zdesperowanych głupotą i uciskiem ze strony naszych okupantów. Pamiętam odpowiedź udzieloną mi przez pewnego prywatnego przedsiębiorcę: "niech już przyjdą Niemcy i zrobią porządek po swojemu; gorzej nie będzie". Otóż taka nadzieja może okazać się złudna. Niemcy, owszem, mogą zrobić w Polsce porządek po swojemu, ale niekoniecznie w interesie Polaków i niekoniecznie w interesie Polski. Bardziej prawdopodobne jest, że będą kierowali się własnym, a nie naszym interesem. Tymczasem suwerenność łatwo stracić, ale znacznie trudniej ją odzyskać. O tym, powinni pamiętać zwłaszcza ci, którzy liczą na to, że dzięki chwilowej utracie suwerenności będziemy wreszcie mogli zbudować solidne ekonomiczne fundamenty przyszłej niepodległości i siły państwa. Takie same nadzieje mieli również książęta Czartoryscy w XVIII wieku, kiedy to dla przeforsowania w Polsce niezbędnych reform, ściągnęli do kraju wojska rosyjskie. To doświadczenie poucza nas, by nie igrać z suwerennością.

Nie jest to zresztą bezwzględnie konieczne, zwłaszcza gdyby osoby publicznego zaufania przestały wmawiać ludziom prostym, że jeśli nie Unia, to tylko Białoruś, a zamiast tego wykorzystały tę resztę wpływu, jaka im jeszcze została, do wyzwolenia Polski z niewoli naszych rodzimych okupantów. Polska bowiem cierpi nie tyle może z powodu zewnętrznej perfidii, złości i zaborczości, co przede wszystkim dlatego, że naród polski od 300 lat udziela złej odpowiedzi na to samo pytanie: czyj interes jest najważniejszy - czy interes szlachty, czy interes państwa. Teraz też okupująca Polskę szlachta-gołota chciałaby i ma nadzieję, że jeszcze raz przełożymy jej interes nad interes własny. Ja jednak radzę, żeby tym razem spróbować odwrotnie. Jeśli okażemy zdecydowanie, to może się uda. Oczywiście może też się nie udać, ale w takim razie na wywieszenie białej flagi zawsze jeszcze będzie czas.

źródło:www.innestrony.pl

__________________________________________________________________

© 2002 Wybory.com.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone